Przyzwyczaiłam. Teraz muszę nosić


paraparenting / czwartek, Listopad 15th, 2018

Pół żartem

Wstajesz o godzinie piątej. Znaczy, że udało się przespać dwie godziny. Od ostatniego karmienia minęło już tyle chwil. Nie (z)liczę. Zwlekam się z łóżka. Biorę swój mały Priorytet na ręce. Znów karmię i przytulam. Raczej tak z zamkniętymi oczami. Czuwam dzielnie.

Tak właśnie zaczynasz dzień, który trwa długo. Najtrudniejsze jest to, że musisz go przetrwać! Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Uczymy się siebie nawzajem. Nieważne są pory dnia, roku – w ogóle, która godzina? W tym czasie rytm dnia wyznacza Priorytet. Podobno małe dzieci to tak fajnie śpią i jedzą. Mniemam, że mój syn urodził się od razu duży. Po starciu wczołgujesz się do kuchni po kawę. Po drodze nie widzisz nawet, że masz w domu lustro. Potykasz się o własne knowania. O nie! Nie możesz podrzucić go na chwilę sąsiadce. Przed szóstą raczej będzie jeszcze spała. I może nawet tata przejąłby go na chwilę, ale wychodzi do pracy. I tylko patrzy błagalnym wzrokiem: Nie linczuj.

Wracasz do pokoju. Wyglądasz tak, że ciężko to w lustrze ogarnąć, a co dopiero nazywać. Tłuste włosy i wygodne dresy to przy tym najlepszy #ootd. Wita się z Tobą ociężałość umysłu. Masz wrażenie, że przy porodzie pękła Ci żyłka. Od tego momentu, gdy chcesz przypomnieć sobie jakąś ważną rzecz to następuje małe zwarcie. Słodziłam? Niby kabelki przeskakują, ale nic się kompletnie nie dzieje. To jest ta sama sytuacja, gdy facet wchodzi do sklepu, a zamiast listy zakupów włożonej do ręki w głowie ma jedno zdanie: Kup COŚ na obiad. Czujesz tę minę? Zupełnie jak wtedy, gdy mój ojciec wykupił pół sklepu. Mama prosiła, żeby przyniósł tylko dwie rzeczy: MLE-KO. Taki face palm od życia.

Pół serio

Mimo tego stanu – do którego po kilku tygodniach się przyzwyczajasz i nawet sobie radzisz – odnajdujesz w sobie pokłady matczynej miłości. Jest coś, co bardzo chcesz podarować swojemu dziecku. Na różne sposoby. W sumie Ty też bardzo tego potrzebujesz. Bliskość!

Bliskość to po prostu i aż drugi człowiek.

Moja latorośl potrzebowała dużo bliskości – jak każde dziecko. W zasadzie dalej potrzebuje tylko, że w innym wymiarze. Ale ja tę bliskość chciałam mu dać. Kiedy zostawaliśmy sami i musieliśmy radzić sobie z codziennością to była nasza najlepsza zabawa i pieszczota – to był nasz czas.

 

Spróbowaliśmy chustonoszenia

Może faktycznie uległam modzie. A może po prostu sama chciałam sprawdzić jak to jest. Jedno wiem na pewno. Nie żałuję. Ciesze się, że nam się udało. Wiem, że nie zawsze jest tak łatwo. Kilka razy widziałam, jak Priorytet uśmiecha się na widok wyciąganej chusty. Dzięki tej przygodzie poznałam wiele podobnych mam. Na grupach facebookowych, na warsztatach zespołowych i przede wszystkim na indywidualnych konsultacjach.

Dziękuję Magdzie S., która przyszła do nas za pierwszym razem. Przyniosła zrozumienie. Priorytet miał wtedy 7 tygodni. Do dziś pamiętam, jak był ubrany i ilu nie miał włosów. Dzielnie ćwiczyliśmy. Dzięki temu nasza rzeczywistość została jako tako ogarnięta, a z czasem wróciły przebłyski normalności. Dziękuję też Teresie, która założyła grupę Chusty Brzesko – Bochnia. Udało się kiedyś szczerze pogadać i spisać tę rozmowę. >>> Zapraszam tutaj <<< Zgodzę się, że chusta wnosi do domu magię. Dobrze jeśli uda się z tej magii skorzystać. Pamiętam dobrze: Priorytet miał mamę, a ja święty spokój. W tym wszystkim mieliśmy siebie. Przy zachowaniu środków ostrożności mogłam nawet ugotować mężowi obiad. Dwójce marudzących dzieci nie dałabym rady.

Dziadek mówił, że tak kiedyś baby nosiły! Dziecko w szmatę i do pola! Nam chusta dała pewną swobodę. Od tej pory mogliśmy spacerować praktycznie wszędzie. Chodziliśmy po lesie, łąkach – wszędzie tam, gdzie natura wytyczała własne ścieżki – nie zawsze dostępne dla wózków. Najprzyjemniejszy jednak spacer zaliczyliśmy w Paryżu. I to w kilkunastoosobowej ekipie. Priorytet miał wtedy 4 miesiące. Fakt – najciężej było na lotnisku – trzeba było się rozwijać i motać na przemian. Ale traktuje to jako kilka momentów niedogodności w czasie niezapomnianego wyjazdu. Bilans dodatni.

Przyzwyczaisz

Nie trzeba nosić w chuście żeby usłyszeć: Nie boisz się, że przyzwyczaisz? Ale ja musiałam zrobić po swojemu. Nie chodziło o żaden bunt. Po prostu wzięłam wszystkie konsekwencje na siebie. Trochę się bałam, że będę nosić do osiemnastki. Teraz jednak widzę, że ma dwa lata i dobrze sobie radzi. Coraz częściej zdaje się mówić: Doceniam Twoją troskę i to, że jesteś obok, ale po trawniku idę sam! Czasem tylko usiądę cicho z chustą w kąciku. Łkając przełykam myśli. Łapię się na tym, że tęsknię za czasem, gdy był taki malutki i się do mnie przytulał. Ale powoli godzę się z tym stanem rzeczy. Rośnij Mężczyzno! Idzie nowe!

PS. Raz zamotałam dziecko na mojej mamie, bo chciała. Była naprawdę zauroczona. Spacerowała po osiedlu. Podkreślała, że to w czym mnie nosiła nie było tak wygodne. Teraz w ogóle nie czuję pleców! – szczebiotała. Śmiem podejrzewać, że ze mną w każdym sensie było ciężko.

9 thoughts on “Przyzwyczaiłam. Teraz muszę nosić

  1. To o czym pisałaś dopiero mnie czego. Mój Groszek ma przyjść na świat za ok 10 tygodni. I zamierzam fax mu tyle bliskości ile możliwe (sama jestem pieszczochem). A chust chce spróbować. A już na pewno po przeczytaniu Twojego wpisu.

    1. Zazdroszczę! Ja też czekam na drugiego chuściocha – oczywiście nic na siłę, ale mam cichą nadzieję, że tym razem tez się uda! Spróbować zawsze warto 🙂 Trzymam za Was kciuki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *